Niezależnie od tego czy piszę wypracowanie, notkę na bloga czy pismo do Urzędu Skarbowego pierwsze zdanie zawsze sprawia mi najwięcej kłopotów. W związku z powyższym (wcześniejszym?) zacznę z grubej rury (czy da się w ogóle zacząć z innej?).
Wczorajszego dnia miałem niepowtarzalną okazję uczestniczyć w pokazie premierowym pierwszego od lat 90' polskiego horroru, o jakże odkrywczej nazwie "Pora Mroku".
Na miejsce (ja i Paulina) zjawiliśmy się mniej więcej pół godziny przed seansem i natychmiast wykorzystaliśmy nadmiar czasu na ustawienie się przed salą kinową. Zadanie wcale nie było łatwe, bo gdy tylko weszliśmy po schodach, natychmiast obskoczył nas tabun reporterów, a dookoła zaczęły rozbłyskiwać flesze aparatów.
- Jestem sławny! - pomyślałem.
Niestety, chwilę później minął mnie Jan Wieczorkowski i wszystko stało się jasne... Skurczybyk odebrał mi cały blask.
Na szczęście gość okazał się być niskim brzydalem w za dużym garniturze i ze sterczącym brzuchem. Uznałem, że nie będę go bił. Niech ma swoje pięć minut.
Janek ustawił się przy równie brzydkim Kubie Wesołowskim i wespół stanęli przed fotografami.
W tamtej chwili uświadomiłem sobie, że moje szanse na odzyskanie uwagi mediów przepadły bezpowrotnie. Dwójka aktorów, choć paskudna i spasła, stanowiła zbyt duże zagrożenie. Ponadto, nie chciałem ich upokarzać przed kamerami.
Hol zaczął się wypełniać ludźmi, a ja patrząc na ich eleganckie odzienie (odzienia?) doszedłem do wniosku, że wyglądam jak zardzewiała lodówka. Brzydotą pokonywali mnie jedynie Kuba i Janek.
Białe Conversy, niebieskie jeansy, longsleeve i skórzana kurtka z kapturem dziwnie kontrastowały z wyuzdanymi koszulami i marynarkami, których widok przyprawiał mnie o oczopląs.
Skąd miałem wiedzieć, że na premierach filmowych obowiązują uroczyste stroje?
Przecież nikt nie mógł tego wiedzieć, prawda? PRAWDA?!
W końcu stanęliśmy przy jednym z filarów podtrzymujących sufit. Paulina podziwiała panujące w głębi holu zamieszanie, a ja przysunąłem się do pobliskiego kosza na śmieci, próbując zlać się z otoczeniem. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, wydaje mi się to dziwnie upokarzające.
Po chwili tłum zaczął przesuwać się ku paniom wpuszczającym na sale kinowe. Gdy je zobaczyłem, odetchnąłem z ulgą. W niczym nie przypominały modelek z okładek Cosmopolitan. Tzn. miały cycki i ładne twarzyczki, ale to nieistotne ze względu na osoby czytające ten tekst (cześć, Kochanie! :*). Najważniejsze jest to, że wyglądały pospolicie! Mogłem spokojnie skreślić kosz na śmieci z mojej listy znajomych.
Stojąc w kolejce zadarłem dumnie głowę. Nie mieliśmy tradycyjnych zaproszeń - naszą przepustkę stanowiła LISTA (TADADAAAM!).
Tak, tak. Pospolite dziewuszki zapytały nas o nazwisko, po czym sprawdziły LISTĘ i machnęły porozumiewawczo pospolitymi główkami. Mogliśmy wejść!
Po usiąściu... usiądzeniu...
Gdy usiedliśmy, znalazłem chwilę czasu żeby rozejrzeć się dookoła. Natychmiast zacząłem wodzić oczami po sali, a gdy skończyłem zrobiłem to ponownie.
- Gdzie się podziały wyuzdane koszule i marynarki, których widok przyprawiał mnie o oczopląs?
Pomieszczenie wypełniali ludzie tacy jak ja!
No w każdym razie z wyglądu przypominali bardziej kosze na śmieci niż modelki z Cosmopolitan, jeśli mogę się tak wyrazić.
Poczułem się nieswojo.
- Ludzie z LISTY nie powinni siedzieć z motłochem. - pomyślałem.
Wtem, pojawiła się iskierka nadziei. Salę wypełnił Mateusz Damięcki. Osobowością znaczy.
Ubrany w dopasowane jeansy i obcisły sweterek zaczął przechadzać się po pomieszczeniu, witając się z napotkanymi ludźmi.
W końcu skończyli mu się znajomi i najwyraźniej uznawszy, że nie ma tu nic więcej do roboty, wybiegł w podskokach niczym galopujący kucyk.
A co tam - i tak był brzydszy ode mnie.
Z niepokojem stwierdziłem jednak, że musiała zajść jakaś pomyłka. Gdzieś w kompleksie znajdowała się sala pełna VIPów, pośrodku której ziała dwuosobowa dziura. Czyżby LISTA nas zdradziła?
Na dalsze rozmyślania nie było czasu, gdyż przez drzwi weszła ekipa filmowa wraz z aktorami. Ze smutkiem stwierdziłem, że musieli przybyć z innego pomieszczenia. Ich lica przepełniały radość i energia. Niektórzy wyglądali na wesoło podchmielonych.
Na środek sali wystąpił szef polskich filmów (czy ktoś taki) i zaczął dziękować różnym ludziom i instytucjom. Po skończeniu swojej litanii, stał chwilę w absolutnej ciszy, czekając zapewne aż ludzie i instytucje zaczną dawać mu pieniądze. Gdy tak się nie stało począł wymieniać nazwiska członków ekipy filmowej, a każda osoba dostała oklaski. Chciałbym napisać, że była to burza oklasków, ale w istocie przypominała raczej mżawkę.
Po zakończeniu litanii, wszyscy wyszli (nadal mowa o ekipie filmowej). Doprawdy, smutno było patrzeć jak opuszczają naszą salę udając się do lepszego świata.
Ja i Paulina zostaliśmy sami z motłochem i pospólstwem. Po chwili do mojego umysłu wkradł się strach. Z niepokojem czekałem aż pod którymś z foteli wybuchnie bomba, albo przez kratki wentylacyjne zacznie ulatniać się zabójczy gaz.
- To pułapka! - krzyczały wszystkie moje zmysły.
W tej samej chwili obok naszego rzędu przeszedł koleś z Nachos i sosem serowym, a ja stwierdziłem, że jestem głodny.
Film się zaczął.
Film się skończył (recenzja później).
Wychodząc z sali kinowej natknęliśmy się na mur fotoreporterów. W tym momencie górę nade mną przejęły instynkty. Natychmiast objąłem Paulinę w talii, a do pyska przykleił mi się idiotyczny uśmiech.
- Fotografują wychodzących. - wyjaśniłem Paulinie przez zaciśnięte zęby. Czułem się jak David Beckham.
Gdy przebiliśmy się dalej, oczom mym ukazał się człowiek robot. Krzyknąłbym jak dziewczynka gdybym w porę nie zorientował się, że terminatorem wcale nie był Arnold Schwarzenegger tylko dziennikarka z wyjątkowo kretyńskim makijażem.
Tego samego wieczora odbył się jeszcze premierowy bankiet. Okazał się jednak na tyle nudny, że jego opis skrócę do absolutnego minimum.
Weszliśmy, wypiliśmy drinka, zjedliśmy kurczaka, wyszliśmy.
Tak właśnie skończył się dla nas ten pełen emocji wieczór. Mądrość i wiedza, które z niego wyniosłem będą towarzyszyć mi do końca życia.
A teraz wybaczcie - muszę skreślić kosz na śmieci z mojej listy znajomych na naszej-klasie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarze:
Muszę to napisać - zacznij pisać książki :) Świetnie się czyta wszystko,co napiszesz :)
Pozdrawiam :)
Dziękuję, to bardzo miłe :).
Nie mogę napisać, że o tym nie myślałem. Do pisania książek konieczna jest jednak wyobraźnia pisarza, a ta przypomina u mnie spleśniałego pomidora oglądanego po zmroku. Do złudzenia więc przypomina kupę :P.
Wiesz.. jak ktos umie pisac, to i nawet o spleśniałym pomidorze mozna xD
Schowaj skromnośc do kieszeni :D
Ale poki co bede śledzic Twojego bloga, a jak już napiszesz tę książkę,to ustawię się w kolejce ze swoim egzemplarzem w ręce po autograf ^^
W sumie muszę się zgodzić z Avą:> naprawdę piszesz z taką lekkością że tekst sam się czyta:p Hehe.. dobra dosyć pochwał...:P
Microsoft RULEZ!!:P
ahahaha:P
Ok żartowałem:P
Ej, ej! Bo zacznę dodawać do każdej notki dopisek "written on mac" :P.
hehe strasznie smieszny z Ciebie człowieczek :)) ;O i jakze skromny! :) A co do tego dnia pelnego emocji, chcialabym taki spedzic:) I zgodze sie z wczesniejszymi wpisami Twoja pisanie jest naprawde lekkie i przyjemne do czytania:) Pozdrawiam:)
Prześlij komentarz