środa, 23 kwietnia 2008

Historia pewnego aparatu


Z zamiarem kupna lustrzanki cyfrowej nosiłem się już od dawna. W zależności od natężenia mojej pasji twórczej, raz chciałem kupić ją bardziej, innym razem mniej. W końcu obsesja sięgnęła apogeum i dostałem totalnego fioła na punkcie lustrzanek. Zacząłem przypominać zaślinionego dzieciaka oglądającego rozkładówki Playboya. Gazetę jednak zastąpiły sklepy internetowe z aparatami fotograficznymi, a ślinę... cóż, śliny nic nie zastąpiło - była tam naprawdę.

Czytałem recenzje, przeglądałem opisy, skakałem po aukcjach i mniej więcej co sekundę zaglądałem do portfela żeby sprawdzić na co mnie stać (krótka jest pamięć maniaka). Oczywiście portfel zawsze okazywał się pusty.

Pewnej nocy obudziłem się rozgorączkowany i nagle przewidziałem przyszłość!
Niedługo me konto bankowe miała zasilić pewna suma.
Oczywiście z rana przypomniałem sobie, że wcale nie jestem jasnowidzem - po prostu dostałem kilka zleceń. Chwilę potem wywróciłem talerz z jajecznicą, która spadła wesoło na moje spodnie śmiertelnie mnie przerażając (każdego faceta przeraziłyby usmażone jajka na spodniach). Nie o tym jednak jest ten wpis.

Upatrzyłem sobie aparat i znalazłem odpowiednią aukcję. Pozostało tylko czekać na pieniądze... Gdyby tylko to było takie proste...
Pośród długiej listy rzeczy, których zupełnie nie potrafię, czekanie znajduje się w absolutnej czołówce (zaraz obok jedzenia jajecznicy).

Myślałem, że umrę z niecierpliwości!
Zawsze gdy zerkałem na kalendarz żeby sprawdzić, ile dni już minęło, odkrywałem, że były to trzy minuty.
Każda chwila przeciągała się niemiłosiernie, a ja czułem jak życie przecieka mi przez palce.
W końcu nie wytrzymałem i zagadałem do kumpla (Heloł, Mister Belze!) na gg.
- Stary, nie mogę tak dłużej! Czekam już prawie dwie godziny! - napisałem zrozpaczony.

Dalsze wydarzenia przedstawię w postaci skrótu ze względu na niezrozumiały dla zwykłego śmiertelnika żargon, którym posługiwaliśmy się w rozmowie.

Belze: Kupię ci aparat, a ty mi oddasz jak dojdzie kasa.
Ja: Dobrze.

...

Belze: Kocham cię...

...

No dobra, zmyśliłem ten ostatni tekst.

Tak to właśnie było. Belze zamówił sprzęt, a ja w tym czasie skakałem radośnie po pokoju dopóki nie wdepnąłem nogą w pojemnik na mopa.
Gdy odrobinę ochłonąłem dotarła do mnie straszliwa prawda. Nadal musiałem czekać - tym razem na aparat. Już miałem zacząć płakać, ale powstrzymała mnie moja stopa, która za nic nie chciała wyjść z kubła. Po dziesięciu minutach zapasów z własnym ciałem, noga w końcu była wolna. Dla mojej duszy jednak, horror dopiero się zaczynał...

Cierpiałem, oh cierpiałem! Wierzcie mi - to było dla mnie prawdziwe piekło. Gorsze nawet niż jajecznica na spodniach.

Kilka dni po złożeniu zamówienia postanowiłem, czymś się zająć. Los chciał, że akurat w tamtej chwili zadzwonił Michał i spytał czy mam ochotę na spacer. Pomachałem ochoczo głową i pełen entuzjazmu odpowiedziałem "niech ci będzie".

Chwilę potem stałem już przed klatką dumny z tego, że wcale nie myślę o aparacie. W końcu na schodach pojawiła się postać Michała.
- Cześć. - przywitał się.
- Lustrzanka cyfrowa. - odpowiedziałem, podając mu rękę.

Wytłumaczyłem mu sytuację, a Michał powiedział, że rozumie. Natychmiast go pokochałem. Po męsku znaczy. Bez podtekstów.

Poględziliśmy jeszcze chwilę o dupie Maryny (tzn. Michał opowiadał, co tam u niego, a ja ciągle nawijałem o aparacie), kiedy znienacka przede mną wyrósł mój tata. Minę miał bardzo poważną, a w rękach trzymał pokaźną paczkę.
- Ja mam to za ciebie odbierać? - powiedział groźnie, wręczając mi pakunek.
Zrobiło mi się słabo. Poczułem, że zaczynam się pocić, a nogi dziwnie mi zmiękły.
- Czy to... to... czy tototo? - zapytałem konkretnie.
- Chyba tak. - powiedział ojciec i poszedł w siną dal. Później okazało się, że wcale nie była to sina dal, tylko nasze mieszkanie. Wtedy jednak o tym nie myślałem.
Przed oczami stanął mi obraz wściekłego bulteriera rozrywającego zębami opakowanie przy wtórze bulgoczących dźwięków. Psem oczywiście byłem ja.
- Dziwne, że nie rozerwałeś tego jeszcze zębami - powiedział nagle Michał przerywając moją wizję.
Spojrzałem na niego dziwnie, zastanawiając się, skąd zna moje myśli.
- Nie mam czasu na takie rozważania! - upomniałem samego siebie.
Pożegnałem się pospiesznie pokazując "fucka", święcie przekonany, że podaję mu rękę.

W domu byłem kilka sekund później (prawdopodobnie przechodziłem przez ściany).
Natychmiast wbiegłem do kuchni, chwyciłem największy dostępny nóż i zacząłem rozrywać opakowanie. Nagle do pomieszczenia weszła moja mama.
Dookoła latały skrawki folii opadając powoli na podłogę, a ja stałem po środku, szczerząc zęby i dysząc ciężko, trzymając w dłoni wielkie ostrze.

Minutę później stałem się oficjalnym posiadaczem wspaniałej lustrzanki cyfrowej Nikon D40.
I o tym właśnie jest ten wpis.

4 komentarze:

Flor pisze...

Fascynująca historia :D. Uwielbiam kiedy piszesz w ten sposób. No miodzio :*.

A z aparatem to teraz rozstać się nie możesz... ja to rozumiem, ale Twój kot chyba nie... LOL:P.

tomeqq pisze...

W ten sposób czyli jak? :P

Kot rzeczywiście niezbyt zachwycony, ale przyzwyczai się cham! :P

Ava pisze...

Zgadzam się z przedmówczynią :) Ty nawet o zwykłych rzeczach potrafisz pisac w sposób niezwykły i interesujący^^
Gratuluję nowego "członka rodziny" :)

tomeqq pisze...

Dziękuję, za gratulację i za komplement :). Nie ukrywam, że takie wypowiedzi motywują mnie do pisania, bom (świetne słowo, nie ma co! :P) sceptyczny w odniesieniu do własnej twórczości.